piątek, 16 listopada 2012

Rozdział pierwszy. Widziane oczami Astrid

Bijatyka, rozmowa i przybłęda.


    Szłam właśnie przez pusty korytarz. Miałam się tam spotkać z koleżanką, by rozliczyć się za uszytego misia. Pluszak uszyty przez Ewelinę bardzo przypodobał się mojej siostrzyczce, Lilli, więc zamiast dwudziestu złotych za poświęcony czas miałam w portmonetce trzydzieści. Wydałam na to całe kieszonkowe, ale trudno. Uśmiech dziecka był ważniejszy – musicie wiedzieć, że mała ma zaledwie siedem lat. Wszędzie chodzi z tym puszem, nazwała go Ala i zachowuje się tak, jakby "pani misia" była prawdziwą, myślącą istotką, którą trzeba się opiekować. To miłe widzieć, że jedzenie zrobione przeze mnie lub któregoś z rodziców pochłania i ona, i sztuczny zwierzak chociażby był zachlapany, często się śmieję, pytając, czy Alicja nie chce dodatkowej porcji, którą czasami wręczam. Gdy dziewczynka idzie do szkoły, ktoś myje "dzieciątko" berbecia. Od czasu do czasu pozwalamy dziecku wziąć swojego pupila do szkoły. Choć dostała go już miesiąc temu, nadal dyskutowałam z wykonawczynią tego ślicznego prezentu o cenie – ciągle była za mała bądź za droga. Sam materiał pokrywały moje pieniądze – 60 zł za mięciutkie futerko i 7 zł dobrą żyłkę na ustach, 3 zł za czarną nitkę z której uszyty jest środek ucha i 2 zł za koraliki. Od razu ze śmiechem zadałam sobie pytanie "Ile Astrid wydała za prezent, jeżeli wydała tyle zł za materiał + tyle za poświęcony czas nad szyciem?" Przeszłam jeszcze kawałek i stanęłam jak wryta. Przerażenie zatrzymywa-ło mnie przez chwilę w miejscu, lecz gniew zwyciężył i podbiegłam do tej pary.
    Mateusz – wysoki, agresywny szatyn z mojej klasy (mogłam powiedzieć, że darzyliśmy się nienawiścią, wrogością) – przywarł do ściany, bijąc Kamila – słabego, chudego, niskiego, niewyćwiczonego blondynka z klasy przeciwległej – I c. Rzuciłam się z krzykiem na atakującego. Złapałam go z tyłu – za pas i na ślepo szukałam rąk. Po chwili, napotykając je, przytrzymałam go z tyłu mocno. Z wargi ofiary uciekła nierówna stróżka krwi. szybko pobiegł do pielęgniarki. Była bowiem co prawda godzina 15:10 (klasy I skończyły lekcje o 14:30, czekałam jednak na dziewczynę, by dać jej pieniądze), lecz pielęgniarka miała jeszcze ostatni pięciominutowy dyżur. Chłopak uśmiechnął się drwiąco. Zrobił gwałtowny ruch w stronę schodów. Nie udało mu się wyszarpnąć rąk – zapominał ciągle, że byłam najsilniejszą dziewczyną w szkole, o wiele silniejszą od tego osiłka, lecz nie najsilniejszą osobą wśród szkoły. Syknął, bo wraz z gwałtownym ruchem pocieśniał mój uchwyt. Od razu jednak wybuchnął donośnym śmiechem.
- Laska, teraz możesz mnie puścić – warknął tym swoim srogim głosem. Choć miałam wielką ochotę mu dołożyć, powstrzymałam się, obiecując sobie, że nigdy, przenigdy, nie zniżę się do jego poziomu. - Zapomniałem.. Ty jesteś zbyt niewinna, by zrobić jakikolwiek czyn niezgodny z normą obowiązującą w szkole.
- Jeżeli jest coś, co graniczy z moją normą, to nie łudź się, iż ulegnę pokusie i walnę cię. Byłoby to zniżenie się do twojego, jakże żenującego, poziomu – stwierdziłam sucho, beznamiętnie.
- Święta krowa – mruknął.
- Przepraszam, co powiedziałeś? - trzymałam go już teraz tak mocno, że krew odpływała mu z palców. Wrzasnął "Puść mnie!". Zaśmiałam się beznamiętnie. - Jeżeli powiesz magiczne słowa, graniczące ze szczytem twojej normy, zrobię to od razu. Masz sześć minut. Potem przywiążę cię do barierki, gdzie spędzisz cały weekend. Mam gruby sznur w plecaku. Dla mnie nie ma różnicy, co cię będzie trzy...
- Przepraszam! - krzyknął, wylewając nienazwane łzy bólu. - Proszę, puść mnie!
    Uśmiechnęłam się i rozluźniłam uścisk. Powoli puszczałam go. Gdy to zrobiłam, on spojrzał na mnie z nienawiścią. Nie wytrzymałam. Choć będę tego żałować, uderzyłam go z "liścia". Piekła nie tylko jego twarz, lecz też moja ręka. Ochłonęłam trochę, poprawiłam na ślepo włosy, ukradkiem utarłam pot i poszłam jeszcze kawałeczek. Ewelina czekała tam już trochę czasu, rozglądając się i czekając na mnie.
- Co tak długo? - zapytała na "dzień dobry".
- Mateusz – mruknęłam i uśmiechnęłam się. W tym słowie kryło się milion niewypowiedzianych słów. Wszyscy wiedzieli, że jest on moim nemezis. Walczę z nim od przedszkola. Bił on dzieci, a ja ich ratowałam jako "superbohater" – wszyscy bali się tego chłopaka, nawet nauczyciele woleli mu nie zwracać uwagi – mścił się on okropnie, raniąc psychiczne uczucia. Sięgnęłam do plecaka i wyjęłam pieniądze. Przeliczyłam je odrobinę drżącą dłonią i podałam dziewczynie. - Trzydzieści. Siostrze bardzo podoba się miś, widzę, że dołożyłaś w niego wielkie starania. Mała ciągle ma go ze sobą – śmiejemy się obydwie. Rudowłosa, niska Ewelina o wielkich, niebieskich oczach była moją dobrą koleżanką.
- Ale przecież nie musiałaś aż tyle dawać... - zamyśliła się. Nie była zbyt bogata, ale dzięki umiejętności szycia potrafiła utrzymać się sama. Mieszkanie zafundował jej tata, który utrzymywał się również sam, co miesiąc wręczając dziecku 50 zł na drobne wydatki – ubrania, kosmetyki... Nie było to dużo, ale dziewczyna szybko szyła, a zamówienia miała często. - Zresztą, dzieki wielkie. Nie chciałam cię naciągać, lecz jeżeli tyle chcesz mi dać, to oczywiście, na pewno się przyda. Odkładam powoli pieniądze, mam już trzydzieści złotych, a zaczęłam w tym miesiącu. Zarabiam na kolonie, wiesz – zarumieniła się. - Ojciec powiedział, że da mi tyle pieniędzy, ile będę chcieć, ale wiesz, jak to jest... Nie darzymy się miłością typu rodzic – dziecko. Zamieszkałam z nim jedynie dlatego, że umarła matka – po jej policzku poleciała drobna łza, wywołana wspomnieniem o matce. Zawsze lekko płakała, myśląc o tym, że inni mają obydwu rodziców, a ona tylko tatę, z którym nie ma dobrych kontaktów.
- No już, cicho – dotknęłam jej ramienia w pocieszającym geście.
- Tobie to łatwo powiedzieć! Masz obydwu rodziców... Codzienność bez niej jest taka trudna! - krzyknęła, a po jej policzku ciekły łzy. - Każdego poranka, kiedy wstaję, myślę, że będzie się krzątała w kuchni, robiąc mi śniadanie. Przez pięć minut zagłębiam się we wspomnieniach, przypominając sobie to, co mówiła, co robiła, jak się ubierała... Wstaję, ubieram się i wchodzę do kuchni. Nie widzę jej. Nie widzę nikogo, bo ojciec wyszedł już do pracy – rozszlochała się. Objęłam ją mocno, a ona położyła swoją mokrą od łez twarz na mojej bluzce. Głaskałam ją po plecach. Nad jej ramieniem sprawdziłam godzinę. Niech to szlag. Byłam już spóźniona. Ale jak tu powiedzieć dziewczynie niemającej już matki, że moja własna "pani domu" czeka na mnie z obiadem? Drgnęłam niespokojnie, nie wiedząc, co zrobić. Spojrzała na mnie, "odczepiając się". - Idź – uśmiechnęła się przez łzy – i zdąż wykorzystać wszystkie chwile z matką, nim będzie za późno.
Pobiegłam szybko do szatni, gdzie jeszcze był Mateusz. Zakładał buty na zmianę. Spojrzał na mnie niechętnie, po czym rzekł:
- Przez ciebie straciłem szansę na zemstę – stwierdził ze złością.
- Dzięki mnie nie dostaniesz punktów nagannych – skończyłam szybkie zmienianie butów.
- A, co tam punkty naganne. Lepiej jest się zemścić – warknął.
- Jeżeli nie chcesz zdać już w pierwszej klasie gimnazjum, rób tak dalej – powiedziałam. - Już nie będę się wtrącać. Po prostu zależy mi... - ugryzłam się w język. Co ja wygadywałam? "Po prostu zależy mi na tym, żebyś zdał i zdobył dobry zawód" – tak miało brzmieć całe zdanie. Dobrze, że się powstrzymałam. Stałabym się nienormalna w jego oczach... Miałby sposób na mnie. - Nie chcę mieć twojego nieudanego życia zawodowego na sumieniu, skoro jeszcze mogę z tym coś zrobić – powiedziałam po prostu.
- Chciałaś powiedzieć najpierw coś innego – spojrzał na mnie dziwnie – z nadzieją, jakby sądził, że uwierzę, iż zależy mu na mojej opini.
- Chciałam – niechciałam, niepowiedziałam – skróciłam, zakładając kurtkę.
- Myślałem, że... że mi wy... że ty... że my... - wyszeptał cicho. Wybiegł z szatni. Ja zaraz po nim.
- Że my co? Nie oszukuj się! Jesteśmy wrogami! - krzyknęłam za nim i również wybiegłam.

    Szłam chodnikiem. Dzieci były już na dworze, bawiąc się. W niektórych pokojach świeciło się światło – pewnie moi rówieśnicy odrabiają lekcje, wspominając, co robili w wieku tych smyków. Lubiłam odgłos suchego stąpania po chodniku. Był on znajomy. Jakiś bezpański pies podbiegł do mnie i zaczął się łasić. Wyjęłam to, co pozostało z drugiego śniadania i dałam mu z ręki. Chwycił szybko pożywienie i odbiegł, merdając ogonem. Uśmiechnęłam się. Za chwilę ten zwierzak podbiegł do mnie jeszcze raz. Spojrzałam na niego z troską. Miał rude futerko, dosięgał mi trochę za kolano – był jednak chudy.
- Nie mam nic – klęknęłam, śmiejąc się z głodnego maleństwa. Powoli, ostrożnie, położyłam rękę na jego głowie. Dał się pogłaskać, podsunął brodę, bym pogłaskała go własnie pod nią. Zaśmiałam się, po chwili odrywając się od rudzielca. - Muszę już iść – pokręciłam głową.
Doszłam do domu, myśląc o spotkaniu z maleństwem. Był dość młody – miał do dwóch lat. Wygłodzony, ale ufny. Ciekawe, czy miał kiedyś dom... Chciałabym, żeby mama pozwoliła mi go adoptować. Otworzyłam furtkę. Kundelek dobiegł do mnie i wemsknął się na podwórze, łasząc się o moje nogi. Zaśmiałam się cicho i weszłam na górę, po schodach. Pies został na ceglanej posadzce, patrząc na mnie ze smutkiem...

     W domu powitała mnie mama – Roksana. Przytuliłam się do niej mocno, a ona roześmiała się lekko. Miała taki ciepły, dziecięcy śmiech... Była wysoką szatynką, czeszącą się zawsze w wysokiego kucyka. Dziś miała na sobie zwykłe, czarne dżinsy - biodrówki i T-shirt z zakrwawionym napisem "Daj mi mózg". Tą bluzkę dostała ode mnie, nadrukowano na niej jeszcze zombi. Przywiozłam ją z koloni – pojechałam za granicę. Na nogi włożyła swoje ulubione, pomarańczowe trampki z czarnymi sznurówkami, które nosiła ze sobą wszędzie. Miała 29 lat. Urodziła mnie w dość młodym wieku, ale nigdy tego nie żałowała. Ojciec przy niej został. Nigdy się nie rozstawali, co często – podobno – zdarzało się w takich rodzinach.
- Obiad ci stygnie – powiedziała, wskazując na kuchnię. - Ja idę z tatą do kina. Twoja siostra pojechała do babci. W skrócie: wolna chata! Tylko nie rób głupot – zachichotała.
- Życzę wesołej zabawy, mamo – powiedziałam, idąc do kuchni.
     Chwilę potem słyszałam rozmowy, śmiech, trzaśnięce drzwi, szelest kluczów i odjazd auta. Gdy zjadłam, zrobiłam lekcje i włączyłam komputer. Weszłam na gadu-gadu, wybrałam z listy obecnych moją przyjaciółkę, Ewelinę (miała czarne włosy i była przeciętnego wzrostu) i napisałam "Hej". Chwilę potem zwierzałyśmy się z całego minionego dnia. Ewelina pochodziła wprawdzie z Krakowa, tak jak ja, ale przeniosła się do Włoch, gdzie była blisko swojej rodziny. Od paru lat mieszkała tam również jej najstarsza siostra Patrycja – studentka akademii aktorstwa. Koleżanka miała również młodszą siostrę, Lissę. Mała chodziła do II klasy i wykorzystywała siostry jak mogła.
   "Wiesz co mi Mateusz powiedział?" - napisałam. Przyjaciółka w odpowiedzi wstawiła trzy znaki zapytania. "Cyt. Myślałem, że ty mi wy... że my... Może wiesz co chciał powiedzieć?". Na to Ewelina "Mateusz? TEN Mateusz? Gdyby chodziło o innego faceta stwierdziłabym, że mu się podobasz, aczkolwiek u Mateusza nie jest to prawdopodobne... Przykro mi, ale nie umiem ci odpowiedzieć. Jego zachowanie jest bardzo tajemnicze a także "wzruszające". Chodzicie nadal razem... to znaczy do klasy?" "Ha ha ha bardzo śmieszna aluzja. Tak, niestety.". Zaraz potem zgasiłam komputer. Nie będę się martwiła o największego wroga. Powiedział, co powiedział. Nie roztrząsałam zwykle jego słów, dlaczego teraz ma być inaczej... Przeszłam przez pół pokoju i sięgnęłam po plecak. Co my tu mamy.... Język polski, matematyka, geografia, włoski, biologia, fizyka – to wszystko kładę na stół. Sięgnęłam trzęsącą się ręką po piórnik, z plecaka odezwało się drżenie mojej komórki, którą włączyłam po ostatniej lekcji. Wyjęłam ją, odblokowałam i otworzyłam sms'a. Na wyświetlaczu pojawił się napis "Mateusz Breńkowski" – imię chłopaka, który tak mnie zdumiał. Zamarłam już po raz drugi tego dnia. "Co on może chcieć?" - zastanawiłam się. "Trzeba sprawdzić" – pomyślałam i czytałam "Przemyśl to, co chciałem ci powiedzieć. Chciałbym, żebyś mi wybaczyła. Proszę, gdy to przemyślisz, odpisz. Nie oczekuję od ciebie wybaczenia, choć o nie proszę – nasza blizna jest zbyt wielka, dlatego musi się powoli goić, by nie został ślad na całe życie. Nie można jej "rozdrapywać". Pomóż mi być innym człowiekiem. M.B.". Włożyłam rękę we włosy i bawiłam się nimi, zastanawiając się, co napisać. W myslach ciągle powtarzałam C h c i a ł b y m ż e b y ś m i w y b a c z y ł a. B l i z n a j e s t z b y t w i e l k a. P o m ó ż m i b y ć i n n y m c z ł o w i e k i e m – te słowa brzęczały mi w mózgu, obijały się jedna o drugą i niszczyły, składając w jedno. "We dwójkę zacznijmy od nowa". Odpisałam "Mateusz... Ja nie wiem, co ci odpowiedzieć. Co miałam przemyślić? Ty chciałeś, ale nie powiedziałeś. Proś o przebaczenie najpierw tych, których skrzywdziłeś. Próbuję ci pomóc od zawsze. Jestem niestety za bardzo zmęczona. I.L.". Rzuciłam telefon na blat, pochyliłam się nad zeszytem i zamknęłam go z impentem, plamiąc okładkę mokrymi łzami... No właśnie. Płakałam, bo byłam wzruszona, czy płakałam, że byłam skrzywdzona? Telefon jeszcze raz zabrzęczał. "Nie skrzywdziłam ich. Skrzywdziłem NAS – moją i twoją więź. W szczególności, ciebie. Mateusz".
     Nie miałam siły, by odpisać. Nagle zabrakło mi woli do poruszenia się. Wpatrywałam się z nadzieją w telefon, że przyjdzie jeszcze jeden sms. Wykręciłam numer nemezis. Po chwili odebrał. "Musimy sobie coś wyjaśnić. Co chciałeś powiedzieć na korytarzu?" - spytałam. On jednak odpowiedział smutnym "nie". Gniewnie wyłączyłam telefon i rozpłakałam się rozpaczliwie, szukając oparcia choćby w najmniejszym geście. Po chwili uspokoiłam się i odrabiałam lekcje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz