Bijatyka, rozmowa i przybłęda.
Szłam
właśnie przez pusty korytarz. Miałam się tam spotkać z koleżanką,
by rozliczyć się za uszytego misia. Pluszak uszyty przez Ewelinę
bardzo przypodobał się mojej siostrzyczce, Lilli, więc zamiast
dwudziestu złotych za poświęcony czas miałam w portmonetce
trzydzieści. Wydałam na to całe kieszonkowe, ale trudno. Uśmiech
dziecka był ważniejszy – musicie wiedzieć, że mała ma zaledwie
siedem lat. Wszędzie chodzi z tym puszem, nazwała go Ala i
zachowuje się tak, jakby "pani misia" była prawdziwą,
myślącą istotką, którą trzeba się opiekować. To miłe
widzieć, że jedzenie zrobione przeze mnie lub któregoś z rodziców
pochłania i ona, i sztuczny zwierzak chociażby był zachlapany,
często się śmieję, pytając, czy Alicja nie chce dodatkowej
porcji, którą czasami wręczam. Gdy dziewczynka idzie do szkoły,
ktoś myje "dzieciątko" berbecia. Od czasu do czasu
pozwalamy dziecku wziąć swojego pupila do szkoły. Choć dostała
go już miesiąc temu, nadal dyskutowałam z wykonawczynią tego
ślicznego prezentu o cenie – ciągle była za mała bądź za
droga. Sam materiał pokrywały moje pieniądze – 60 zł za
mięciutkie futerko i 7 zł dobrą żyłkę na ustach, 3 zł za
czarną nitkę z której uszyty jest środek ucha i 2 zł za
koraliki. Od razu ze śmiechem zadałam sobie pytanie "Ile
Astrid wydała za prezent, jeżeli wydała tyle zł za materiał +
tyle za poświęcony czas nad szyciem?" Przeszłam jeszcze
kawałek i stanęłam jak wryta. Przerażenie zatrzymywa-ło mnie
przez chwilę w miejscu, lecz gniew zwyciężył i podbiegłam do tej
pary.
Mateusz –
wysoki, agresywny szatyn z mojej klasy (mogłam powiedzieć, że
darzyliśmy się nienawiścią, wrogością) – przywarł do ściany,
bijąc Kamila – słabego, chudego, niskiego, niewyćwiczonego
blondynka z klasy przeciwległej – I c. Rzuciłam się z krzykiem
na atakującego. Złapałam go z tyłu – za pas i na ślepo
szukałam rąk. Po chwili, napotykając je, przytrzymałam go z tyłu
mocno. Z wargi ofiary uciekła nierówna stróżka krwi. szybko
pobiegł do pielęgniarki. Była bowiem co prawda godzina 15:10
(klasy I skończyły lekcje o 14:30, czekałam jednak na dziewczynę,
by dać jej pieniądze), lecz pielęgniarka miała jeszcze ostatni
pięciominutowy dyżur. Chłopak uśmiechnął się drwiąco. Zrobił
gwałtowny ruch w stronę schodów. Nie udało mu się wyszarpnąć
rąk – zapominał ciągle, że byłam najsilniejszą dziewczyną w
szkole, o wiele silniejszą od tego osiłka, lecz nie najsilniejszą
osobą wśród szkoły. Syknął, bo wraz z gwałtownym ruchem
pocieśniał mój uchwyt. Od razu jednak wybuchnął donośnym
śmiechem.
- Laska,
teraz możesz mnie puścić – warknął tym swoim srogim głosem.
Choć miałam wielką ochotę mu dołożyć, powstrzymałam się,
obiecując sobie, że nigdy, przenigdy, nie zniżę się do jego
poziomu. - Zapomniałem.. Ty jesteś zbyt niewinna, by zrobić
jakikolwiek czyn niezgodny z normą obowiązującą w szkole.
- Jeżeli
jest coś, co graniczy z moją normą, to nie łudź się, iż ulegnę
pokusie i walnę cię. Byłoby to zniżenie się do twojego, jakże
żenującego, poziomu – stwierdziłam sucho, beznamiętnie.
- Święta
krowa – mruknął.
-
Przepraszam, co powiedziałeś? - trzymałam go już teraz tak mocno,
że krew odpływała mu z palców. Wrzasnął "Puść mnie!".
Zaśmiałam się beznamiętnie. - Jeżeli powiesz magiczne słowa,
graniczące ze szczytem twojej normy, zrobię to od razu. Masz sześć
minut. Potem przywiążę cię do barierki, gdzie spędzisz cały
weekend. Mam gruby sznur w plecaku. Dla mnie nie ma różnicy, co cię
będzie trzy...
-
Przepraszam! - krzyknął, wylewając nienazwane łzy bólu. -
Proszę, puść mnie!
Uśmiechnęłam
się i rozluźniłam uścisk. Powoli puszczałam go. Gdy to zrobiłam,
on spojrzał na mnie z nienawiścią. Nie wytrzymałam. Choć będę
tego żałować, uderzyłam go z "liścia". Piekła nie
tylko jego twarz, lecz też moja ręka. Ochłonęłam trochę,
poprawiłam na ślepo włosy, ukradkiem utarłam pot i poszłam
jeszcze kawałeczek. Ewelina czekała tam już trochę czasu,
rozglądając się i czekając na mnie.
- Co tak
długo? - zapytała na "dzień dobry".
- Mateusz –
mruknęłam i uśmiechnęłam się. W tym słowie kryło się milion
niewypowiedzianych słów. Wszyscy wiedzieli, że jest on moim
nemezis. Walczę z nim od przedszkola. Bił on dzieci, a ja ich
ratowałam jako "superbohater" – wszyscy bali się tego
chłopaka, nawet nauczyciele woleli mu nie zwracać uwagi – mścił
się on okropnie, raniąc psychiczne uczucia. Sięgnęłam do plecaka
i wyjęłam pieniądze. Przeliczyłam je odrobinę drżącą dłonią
i podałam dziewczynie. - Trzydzieści. Siostrze bardzo podoba się
miś, widzę, że dołożyłaś w niego wielkie starania. Mała
ciągle ma go ze sobą – śmiejemy się obydwie. Rudowłosa, niska
Ewelina o wielkich, niebieskich oczach była moją dobrą koleżanką.
- Ale
przecież nie musiałaś aż tyle dawać... - zamyśliła się. Nie
była zbyt bogata, ale dzięki umiejętności szycia potrafiła
utrzymać się sama. Mieszkanie zafundował jej tata, który
utrzymywał się również sam, co miesiąc wręczając dziecku 50 zł
na drobne wydatki – ubrania, kosmetyki... Nie było to dużo, ale
dziewczyna szybko szyła, a zamówienia miała często. - Zresztą,
dzieki wielkie. Nie chciałam cię naciągać, lecz jeżeli tyle
chcesz mi dać, to oczywiście, na pewno się przyda. Odkładam
powoli pieniądze, mam już trzydzieści złotych, a zaczęłam w tym
miesiącu. Zarabiam na kolonie, wiesz – zarumieniła się. - Ojciec
powiedział, że da mi tyle pieniędzy, ile będę chcieć, ale
wiesz, jak to jest... Nie darzymy się miłością typu rodzic –
dziecko. Zamieszkałam z nim jedynie dlatego, że umarła matka –
po jej policzku poleciała drobna łza, wywołana wspomnieniem o
matce. Zawsze lekko płakała, myśląc o tym, że inni mają obydwu
rodziców, a ona tylko tatę, z którym nie ma dobrych kontaktów.
- No już,
cicho – dotknęłam jej ramienia w pocieszającym geście.
- Tobie to
łatwo powiedzieć! Masz obydwu rodziców... Codzienność bez niej
jest taka trudna! - krzyknęła, a po jej policzku ciekły łzy. -
Każdego poranka, kiedy wstaję, myślę, że będzie się krzątała
w kuchni, robiąc mi śniadanie. Przez pięć minut zagłębiam się
we wspomnieniach, przypominając sobie to, co mówiła, co robiła,
jak się ubierała... Wstaję, ubieram się i wchodzę do kuchni. Nie
widzę jej. Nie widzę nikogo, bo ojciec wyszedł już do pracy –
rozszlochała się. Objęłam ją mocno, a ona położyła swoją
mokrą od łez twarz na mojej bluzce. Głaskałam ją po plecach. Nad
jej ramieniem sprawdziłam godzinę. Niech to szlag. Byłam już
spóźniona. Ale jak tu powiedzieć dziewczynie niemającej już
matki, że moja własna "pani domu" czeka na mnie z
obiadem? Drgnęłam niespokojnie, nie wiedząc, co zrobić. Spojrzała
na mnie, "odczepiając się". - Idź – uśmiechnęła się
przez łzy – i zdąż wykorzystać wszystkie chwile z matką, nim
będzie za późno.
Pobiegłam
szybko do szatni, gdzie jeszcze był Mateusz. Zakładał buty na
zmianę. Spojrzał na mnie niechętnie, po czym rzekł:
- Przez
ciebie straciłem szansę na zemstę – stwierdził ze złością.
- Dzięki
mnie nie dostaniesz punktów nagannych – skończyłam szybkie
zmienianie butów.
- A, co tam
punkty naganne. Lepiej jest się zemścić – warknął.
- Jeżeli
nie chcesz zdać już w pierwszej klasie gimnazjum, rób tak dalej –
powiedziałam. - Już nie będę się wtrącać. Po prostu zależy
mi... - ugryzłam się w język. Co ja wygadywałam? "Po prostu
zależy mi na tym, żebyś zdał i zdobył dobry zawód" – tak
miało brzmieć całe zdanie. Dobrze, że się powstrzymałam.
Stałabym się nienormalna w jego oczach... Miałby sposób na mnie.
- Nie chcę mieć twojego nieudanego życia zawodowego na sumieniu,
skoro jeszcze mogę z tym coś zrobić – powiedziałam po prostu.
- Chciałaś
powiedzieć najpierw coś innego – spojrzał na mnie dziwnie – z
nadzieją, jakby sądził, że uwierzę, iż zależy mu na mojej
opini.
- Chciałam
– niechciałam, niepowiedziałam – skróciłam, zakładając
kurtkę.
- Myślałem,
że... że mi wy... że ty... że my... - wyszeptał cicho. Wybiegł
z szatni. Ja zaraz po nim.
- Że my co?
Nie oszukuj się! Jesteśmy wrogami! - krzyknęłam za nim i również
wybiegłam.
Szłam
chodnikiem. Dzieci były już na dworze, bawiąc się. W niektórych
pokojach świeciło się światło – pewnie moi rówieśnicy
odrabiają lekcje, wspominając, co robili w wieku tych smyków.
Lubiłam odgłos suchego stąpania po chodniku. Był on znajomy.
Jakiś bezpański pies podbiegł do mnie i zaczął się łasić.
Wyjęłam to, co pozostało z drugiego śniadania i dałam mu z ręki.
Chwycił szybko pożywienie i odbiegł, merdając ogonem.
Uśmiechnęłam się. Za chwilę ten zwierzak podbiegł do mnie
jeszcze raz. Spojrzałam na niego z troską. Miał rude futerko,
dosięgał mi trochę za kolano – był jednak chudy.
- Nie mam
nic – klęknęłam, śmiejąc się z głodnego maleństwa. Powoli,
ostrożnie, położyłam rękę na jego głowie. Dał się pogłaskać,
podsunął brodę, bym pogłaskała go własnie pod nią. Zaśmiałam
się, po chwili odrywając się od rudzielca. - Muszę już iść –
pokręciłam głową.
Doszłam do
domu, myśląc o spotkaniu z maleństwem. Był dość młody – miał
do dwóch lat. Wygłodzony, ale ufny. Ciekawe, czy miał kiedyś
dom... Chciałabym, żeby mama pozwoliła mi go adoptować.
Otworzyłam furtkę. Kundelek dobiegł do mnie i wemsknął się na
podwórze, łasząc się o moje nogi. Zaśmiałam się cicho i
weszłam na górę, po schodach. Pies został na ceglanej posadzce,
patrząc na mnie ze smutkiem...
W
domu powitała mnie mama – Roksana. Przytuliłam się do niej
mocno, a ona roześmiała się lekko. Miała taki ciepły, dziecięcy
śmiech... Była wysoką szatynką, czeszącą się zawsze w
wysokiego kucyka. Dziś miała na sobie zwykłe, czarne dżinsy -
biodrówki i T-shirt z zakrwawionym napisem "Daj mi mózg".
Tą bluzkę dostała ode mnie, nadrukowano na niej jeszcze zombi.
Przywiozłam ją z koloni – pojechałam za granicę. Na nogi
włożyła swoje ulubione, pomarańczowe trampki z czarnymi
sznurówkami, które nosiła ze sobą wszędzie. Miała 29 lat.
Urodziła mnie w dość młodym wieku, ale nigdy tego nie żałowała.
Ojciec przy niej został. Nigdy się nie rozstawali, co często –
podobno – zdarzało się w takich rodzinach.
- Obiad ci
stygnie – powiedziała, wskazując na kuchnię. - Ja idę z tatą
do kina. Twoja siostra pojechała do babci. W skrócie: wolna chata!
Tylko nie rób głupot – zachichotała.
- Życzę
wesołej zabawy, mamo – powiedziałam, idąc do kuchni.
Chwilę
potem słyszałam rozmowy, śmiech, trzaśnięce drzwi, szelest
kluczów i odjazd auta. Gdy zjadłam, zrobiłam lekcje i włączyłam
komputer. Weszłam na gadu-gadu, wybrałam z listy obecnych moją
przyjaciółkę, Ewelinę (miała czarne włosy i była przeciętnego
wzrostu) i napisałam "Hej". Chwilę potem zwierzałyśmy
się z całego minionego dnia. Ewelina pochodziła wprawdzie z
Krakowa, tak jak ja, ale przeniosła się do Włoch, gdzie była
blisko swojej rodziny. Od paru lat mieszkała tam również jej
najstarsza siostra Patrycja – studentka akademii aktorstwa.
Koleżanka miała również młodszą siostrę, Lissę. Mała
chodziła do II klasy i wykorzystywała siostry jak mogła.
"Wiesz
co mi Mateusz powiedział?" - napisałam. Przyjaciółka w
odpowiedzi wstawiła trzy znaki zapytania. "Cyt. Myślałem, że
ty mi wy... że my... Może wiesz co chciał powiedzieć?". Na
to Ewelina "Mateusz? TEN Mateusz? Gdyby chodziło o innego
faceta stwierdziłabym, że mu się podobasz, aczkolwiek u Mateusza
nie jest to prawdopodobne... Przykro mi, ale nie umiem ci
odpowiedzieć. Jego zachowanie jest bardzo tajemnicze a także
"wzruszające". Chodzicie nadal razem... to znaczy do
klasy?" "Ha ha ha bardzo śmieszna aluzja. Tak, niestety.".
Zaraz potem zgasiłam komputer. Nie będę się martwiła o
największego wroga. Powiedział, co powiedział. Nie roztrząsałam
zwykle jego słów, dlaczego teraz ma być inaczej... Przeszłam
przez pół pokoju i sięgnęłam po plecak. Co my tu mamy.... Język
polski, matematyka, geografia, włoski, biologia, fizyka – to
wszystko kładę na stół. Sięgnęłam trzęsącą się ręką po
piórnik, z plecaka odezwało się drżenie mojej komórki, którą
włączyłam po ostatniej lekcji. Wyjęłam ją, odblokowałam i
otworzyłam sms'a. Na wyświetlaczu pojawił się napis "Mateusz
Breńkowski" – imię chłopaka, który tak mnie zdumiał.
Zamarłam już po raz drugi tego dnia. "Co on może chcieć?"
- zastanawiłam się. "Trzeba sprawdzić" – pomyślałam
i czytałam "Przemyśl to,
co chciałem ci powiedzieć. Chciałbym, żebyś mi wybaczyła.
Proszę, gdy to przemyślisz, odpisz. Nie oczekuję od ciebie
wybaczenia, choć o nie proszę – nasza blizna jest zbyt wielka,
dlatego musi się powoli goić, by nie został ślad na całe życie.
Nie można jej "rozdrapywać". Pomóż mi być innym
człowiekiem. M.B.". Włożyłam rękę we włosy i bawiłam się
nimi, zastanawiając się, co napisać. W myslach ciągle powtarzałam
C h c i a ł b y m ż e b y ś m i w y b a c z y ł a. B l i
z n a j e s t z b y t w i e l k a. P o m ó ż m i b y ć
i n n y m c z ł o w i e k i e m – te słowa brzęczały mi w
mózgu, obijały się jedna o drugą i niszczyły, składając w
jedno. "We dwójkę zacznijmy od nowa". Odpisałam
"Mateusz... Ja nie wiem, co ci odpowiedzieć. Co miałam
przemyślić? Ty chciałeś, ale nie powiedziałeś. Proś o
przebaczenie najpierw tych, których skrzywdziłeś. Próbuję ci
pomóc od zawsze. Jestem niestety za bardzo zmęczona. I.L.".
Rzuciłam telefon na blat, pochyliłam się nad zeszytem i zamknęłam
go z impentem, plamiąc okładkę mokrymi łzami... No właśnie.
Płakałam, bo byłam wzruszona, czy płakałam, że byłam
skrzywdzona? Telefon jeszcze raz zabrzęczał. "Nie skrzywdziłam
ich. Skrzywdziłem NAS – moją i twoją więź. W szczególności,
ciebie. Mateusz".
Nie
miałam siły, by odpisać. Nagle zabrakło mi woli do poruszenia
się. Wpatrywałam się z nadzieją w telefon, że przyjdzie jeszcze
jeden sms. Wykręciłam numer nemezis. Po chwili odebrał. "Musimy
sobie coś wyjaśnić. Co chciałeś powiedzieć na korytarzu?"
- spytałam. On jednak odpowiedział smutnym "nie".
Gniewnie wyłączyłam telefon i rozpłakałam się rozpaczliwie,
szukając oparcia choćby w najmniejszym geście. Po chwili
uspokoiłam się i odrabiałam lekcje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz